Tarta, która udawała słodką

Tarta na słodko, bo z herbatników, musu owocowego i migdałów. Okazało się jednak, że mus porzeczkowy swoją cierpkością sprawił, że była lekko kwaskowata i wcale nie tak słodka, jak z początku udawała. Dla nas połączenie idealne, bo tak się składa, że oboje ze wszystkich słodyczy najbardziej lubimy boczek. Dlatego cierpko-słodki smak tarty wydaje się strzałem w 10!

Spód tarty

90 g roztopionego masła

150 g pokruszonych herbatników

Nadzienie

ok. 150 g musu z czerwonej porzeczki (tu w roli głównej wystąpił słoiczek od mojej mamy, z jej własnej produkcji, w którym porzeczka doprawiona jest estragonem!)

garść migdałów w słupkach (albo płatków migdałowych)

Obrazek

Pokruszone herbatniki łączymy z masłem i wykładamy na blachę do tarty. Spód smarujemy musem porzeczkowym i posypujemy migdałami (które wcześniej podsmażamy na suchej patelni). Tym razem w tarcie wystąpiła jeszcze galaretka wiśniowa, jako gość niespodziewany, wypadła na mnie przy otwieraniu szafki – ale tarta jest tak samo smaczna z galaretką i bez niej!

Obrazek

Muffin doskonały

Przepisów na muffiny w Internecie jest więcej niż obrazków z „kotami, które paczą’. Wszystkie należą raczej do kategorii udanych (przepisy, a nie koty), ale nie byłabym sobą, gdybym nie kombinowała. Dlatego zmieniam proporcje, składniki, czas pieczenia, a potem przestępuję z nóżki na nóżkę, żeby zobaczyć efekt. I dzisiaj nadszedł moment, kiedy po degustacji doszłam do wniosku, że może Gordon Ramsay nie wykrzyczałby po spróbowaniu – it’s fuuuucking raaaaw (albo czegoś podobnego z przeciągłym fuuuck).

Muffiny tak proste w wykonaniu, że już prościej się nie da.


Najpierw należy upolować sezonowe owoce – jagody, borówki, maliny, truskawki – jednego rodzaju albo wszystkiego po trochę. A potem wszystko robi się już prawie samo.

2 szklanki mąki pszennej

3/4 szklanki cukru

1 łyżka proszku do pieczenia

1/2 łyżeczki cukru waniliowego

1/4 łyżeczki imbiru

szczypta soli

2 jajka

6 łyżek oleju

1 i 1/4 szklanka maślanki (można z mlekiem, ale te z mlekiem mogą buty czyścić tym z maślanką!)

mały pojemnik owoców (taki, w jakich zwykle sprzedawane są na targu)

Suche wsypujemy do miski i mieszamy, w drugiej misce mieszamy, co mokre i wlewamy do suchych składników. Znowu mieszamy, na koniec wsypujemy owoce i mieszamy po raz ostatni. A potem wlewamy do foremek i pieczemy 20 minut w 200 stopniach (termoobieg). A najlepiej, jak od razu podwoimy ilość składników, bo 12 muffinów z jednej porcji może nie mieć szansy nawet wystygnąć, zanim zniknie.

Muffiny jabłkowe

Konieczność stworzenia muffinów jabłkowych pojawiła się w momencie, kiedy w niedzielne popołudnie pojawili się moi rodzice w naszych mieszkaniowych progach. Razem z rodzicami pojawiła się ogromna torba jabłek. Dużych, dwa razy większych od tych, które widuje się w supermarketach i sklepach, jabłek pachnących jesienią. Jabłka, oprócz zapachu i wielkości, okazały się mieć jeszcze jedną zaletę – smak. Lekko kwaskowate, jędrne, idealne do ciast i babeczek! Lubię, kiedy ciasto nie jest przesłodzone, dlatego te jabłka okazały się strzałem w 10 :) Jednak z powodu natłoku obowiązków, czasu wystarczyło jedynie na muffiny. I dobrze – muffiny okazały się puszyste, mokre, przepyszne z poranną kawa. I najprostsze z prostych w przygotowaniu. Muffiny są tym wdzięcznym rodzajem wypieku, gdzie wystarczy wyjąć dwie miski, do jednej suche składniki, do drugiej mokre, pokrojone dodatki i fruu, wszystko razem, wystarczy wymieszać, niezbyt dokładnie i już. Ot, cała filozofia. Problem polega tylko na ilości. I niedoborach. Częstotliwość wizyt w kuchni się nasila. Tup, tup, tup, rano zostają okruszki :)

A przepis na muffiny jabłkowe jest taki

2 szklanki mąki pszennej

1 szklanka cukru (docelowo białego, ja wymieszałam z brązowym, jest delikatniejszy)

1,5 łyżeczki proszku do pieczenia

1 łyżeczka cynamonu

1/2 łyżeczki przyprawy do pierników (w wersji bożonarodzeniowej)

1 szklanka śmietany 18%

1/2 szklanki oleju

1 jajko

2 jabłka (w moim przypadku 2 jabłka giganty, myślę, że byłoby to ok 3-4 jabłek normalnej wielkości – ale ja lubię, jak nadzienia jest bardzo dużo, można zmniejszyć ilość jabłek. wg mnie któraś z bardziej kwaśnych odmian będzie pasowała najlepiej)

Piekarnik nastawiamy na 180 stopni, w mojej kuchence program góra/dół. I tak napisałam wyżej – do jednej miski to, co suche. Mieszamy. W międzyczasie przywołujemy z pokoju chłopaka, który zabija wrogów przez internet i nakazujemy mu obierać jabłka i kroić je w drobną kostkę. W drugiej misce lądują składniki mokre – śmietana, olej, jajko. I do tej miski wrzucamy to, co w pocie czoła pokroił pomocnik. Na koniec zawartość obu misek łączymy, mieszamy niedbale i rozkładamy do foremek wyściełanych papilotkami. Pieczemy w piekarniku ok 25 minut, po tym czasie przestawiając na termoobieg, zwiększając temperaturę do 200 stopni i obserwujemy. Obserwujemy, czy muffiny są już złocisto-brązowe na wierzchu, bo to znak, że są gotowe. Można je natychmiast po tym wyjąć z piekarnika, nie opadną, bez obaw.

Można je też ‚ulepszyć’ – posypując przed pieczeniem wierzchy brązowym cukrem, wiórkami kokosowymi, płatkami migdałowymi. A część mąki można zastąpić mielonymi migdałami. Wszystko można, ale w wersji podstawowej smakują równie dobrze.