Muffiny gruszkowe z imbirem

Z rozpędu popełniłam drugi rodzaj muffinów, dzień po poprzednich. A raczej nie z rozpędu, a z obowiązku. Należę na facebooku do grupy, w której ogłasza się zbędne rzeczy i się nimi wymienia. Nie za gotówkę, a za inne, nam nieprzydatne, a innym niezbędne, rzeczy. Zamarzyły mi się 33 numery gazety Kuchnia od pewnej wrocławskiej Kasi, za które owa Kasia zażyczyła sobie muffinów, bo wiedziała, że lubię i często przebywam w kuchni. Upiekłam. Na styk, jak to zwykle ze mną bywa, poparzyłam palce wyciągając je z piekarnika i pobiegłam w stronę samochodu, żeby powieźć je na wymianę. Sam już zapach wystarczająco umilał drogę, dlatego nie jest mi aż tak bardzo przykro, że tym razem żaden nie trafił w moje ręce, a następnie do żołądka. Niejedna okazja ku temu jeszcze będzie, bo muffiny są aromatyczne i znikają równie szybko, co ich jabłkowi poprzednicy!

Przepis z mojewypieki.blox.pl – chyba jedyny w życiu, którego ani o ziarnko cukru czy łyżeczkę śmietany nie zmodyfikowałam. Nie umiem trzymać się przepisów. Choćbym stanęła w kuchni i doglądała receptury co 20 sekund, w końcu w moje ręce dostanie się nie wiedzieć skąd jakiś dodatkowy składnik albo bezwiednie zmienię proporcje na te bardziej ‚moje’. Joanna Chmielewska w „Wyścigach”, gdzie fabułę oparła o swoją pasję, czyli konne wyścigi, opisała swój irytujący nawyk. Kiedy tylko szła do kasy, żeby zagrać jakąkolwiek kombinację, nie mogło być mowy, żeby ją zagrała, jeśli po drodze ktoś jej polecił konia, który w tej kombinacji występował. Nie daj Boże, chciała grać 3,4,7 powiedzmy – schodziła po schodach, już prawie przy kasie, a tu ktoś podpowiadał, że 7 to pewnik. Ręką go wtedy nie tknęła, nie było takiej możliwości. Musiała zmienić, bo to było silniejsze od niej.

Ode mnie też jest silniejsze. Więc zmieniam. I przez dygresję z Chmielewską przypomniało mi się, że nie ma tak dobrze – ten przepis też zmieniłam, nie pozostał wyjątkiem.

A przepis znowu jest prosty

250g mąki pszennej

150g drobnego cukru (daję zwykły, bo nie całkiem się rozpuszcza i te malutkie kawałeczki zgrzytają pod zębami, kotrastując z miękką gruszką)

75g brązowego cukru (jak mam, wsypuję brązowy, ale można doliczyć do zwykłego powyżej) + cukier do posypania (omijam, bo byłyby za słodkie)

2 łyżeczki proszku do pieczenia

1 łyżeczka imbiru

2 jajka

140ml kwaśnej śmietany (18% jest ok, może być 12)

125 ml oleju

łyżka miodu

300g gruszek (nie wiem, ile to będzie 300g, zwykle 2 średnie gruszki sprawiają, że nadzienia jest bardzo dużo)

Żadnych filozofii. Piekarnik na 200 stopni – góra/dół. A my w tym czasie – w jednej misce mieszamy suche składniki, w drugiej mokre (razem z gruszkami pokrojonymi w kostkę) i na koniec mieszamy razem. Przekładamy do foremek i mamy 20-25 minut spokoju. Na przykład na czytanie „Wyścigów” Chmielewskiej, bo to naprawdę świetny kryminał – czytałam jakieś 14 razy. Ostatnie 5 minut można piec przy użyciu termoobiegu, muffiny ładnie zbrązowieją.

Wyciągamy z piekarnika i studzimy do momentu aż przestaną parzyć. Potem należy jeść, bo najlepsze są na ciepło!

Muffiny jabłkowe

Konieczność stworzenia muffinów jabłkowych pojawiła się w momencie, kiedy w niedzielne popołudnie pojawili się moi rodzice w naszych mieszkaniowych progach. Razem z rodzicami pojawiła się ogromna torba jabłek. Dużych, dwa razy większych od tych, które widuje się w supermarketach i sklepach, jabłek pachnących jesienią. Jabłka, oprócz zapachu i wielkości, okazały się mieć jeszcze jedną zaletę – smak. Lekko kwaskowate, jędrne, idealne do ciast i babeczek! Lubię, kiedy ciasto nie jest przesłodzone, dlatego te jabłka okazały się strzałem w 10 :) Jednak z powodu natłoku obowiązków, czasu wystarczyło jedynie na muffiny. I dobrze – muffiny okazały się puszyste, mokre, przepyszne z poranną kawa. I najprostsze z prostych w przygotowaniu. Muffiny są tym wdzięcznym rodzajem wypieku, gdzie wystarczy wyjąć dwie miski, do jednej suche składniki, do drugiej mokre, pokrojone dodatki i fruu, wszystko razem, wystarczy wymieszać, niezbyt dokładnie i już. Ot, cała filozofia. Problem polega tylko na ilości. I niedoborach. Częstotliwość wizyt w kuchni się nasila. Tup, tup, tup, rano zostają okruszki :)

A przepis na muffiny jabłkowe jest taki

2 szklanki mąki pszennej

1 szklanka cukru (docelowo białego, ja wymieszałam z brązowym, jest delikatniejszy)

1,5 łyżeczki proszku do pieczenia

1 łyżeczka cynamonu

1/2 łyżeczki przyprawy do pierników (w wersji bożonarodzeniowej)

1 szklanka śmietany 18%

1/2 szklanki oleju

1 jajko

2 jabłka (w moim przypadku 2 jabłka giganty, myślę, że byłoby to ok 3-4 jabłek normalnej wielkości – ale ja lubię, jak nadzienia jest bardzo dużo, można zmniejszyć ilość jabłek. wg mnie któraś z bardziej kwaśnych odmian będzie pasowała najlepiej)

Piekarnik nastawiamy na 180 stopni, w mojej kuchence program góra/dół. I tak napisałam wyżej – do jednej miski to, co suche. Mieszamy. W międzyczasie przywołujemy z pokoju chłopaka, który zabija wrogów przez internet i nakazujemy mu obierać jabłka i kroić je w drobną kostkę. W drugiej misce lądują składniki mokre – śmietana, olej, jajko. I do tej miski wrzucamy to, co w pocie czoła pokroił pomocnik. Na koniec zawartość obu misek łączymy, mieszamy niedbale i rozkładamy do foremek wyściełanych papilotkami. Pieczemy w piekarniku ok 25 minut, po tym czasie przestawiając na termoobieg, zwiększając temperaturę do 200 stopni i obserwujemy. Obserwujemy, czy muffiny są już złocisto-brązowe na wierzchu, bo to znak, że są gotowe. Można je natychmiast po tym wyjąć z piekarnika, nie opadną, bez obaw.

Można je też ‚ulepszyć’ – posypując przed pieczeniem wierzchy brązowym cukrem, wiórkami kokosowymi, płatkami migdałowymi. A część mąki można zastąpić mielonymi migdałami. Wszystko można, ale w wersji podstawowej smakują równie dobrze.