50 twarzy Greya, hydraulicy, Warsaw Shore i Pan Tadeusz

50 twarzy greya

(bardzo ładna biała koszula posłuży nam dziś za główne zdjęcie)

Nie snobuję się (już) na czytanie książek. Miałam kiedyś takie przekonanie, że osoby, które czytają, są lepsze. BO KSIĄŻKA Z ZAŁOŻENIA JEST LEPSZA. Otóż nie. Są bardzo dobre książki i książki typu fast food. Są świetne seriale, filmy i gry oraz takie, które są zupełną stratą naszego czasu. Tak więc fakt przeczytania 50 twarzy Greya, jak się już pewnie domyślacie, nie jest wielkim osiągnięciem.

„50 twarzy Greya” – dlaczego ta książka jest zła?

„50 twarzy Greya” to książka zła (ale nie z tego powodu, który zwykle podaje się jako pierwszy w jej kontakście). Po prostu, nie ma tu wielkiej filozofii. Napisana kosz-mar-nym językiem. Nudna. I jestem w stanie wymienić kilka książek o tematyce erotycznej/seksu/bdsm, które są lepsze, bo okazuje się, że na przestrzeni ostatnich lat zrobiło się ich całkiem sporo. Jednak „50 twarzy Greya” to była pierwsza książka sprzedana z otoczką „ostry seks, super przystojny mężczyzna i wszystkie fantazje Twojego życia zebrane w 1 książce. Tu i teraz, nieważne, czy jesteś dyrektorem, prawnikiem, nauczycielem, ekonomistą, księgową czy kucharką – i Ty możesz liczyć na rumieniec na policzku i nieobecny wzrok w trakcie lektury”. I ten rodzaj marketingu zadziałał. Do tego stopnia, że na samym początku nikt nie zauważył, że autorka ma zasób słownictwa uboższy niż amerykańscy 6-latkowie. A potem to już było za późno i te wszystkie powtórzenia, wewnętrzna bogini i przygryzanie warg zostały wyeksploatowane do tego stopnia, że stały się żartami.

Jednak, nie da się ukryć, że cel książki jest jeden i jest on mocno związany z uciechami cielesnymi. Dlatego, tak jak nie podoba mi się warstwa językowa, tak trochę zawsze mnie bawi argument, „bo przecież tam nie ma fabuły”. Zdajecie sobie sprawę, że ta książka to odpowiednik filmów pornograficznych (przynajmniej w zamierzeniu)? To tak, jakbyście odpalili film na jednym z portali xxx i mieli pretensje, że hydraulik zamiast naprawiać zlew zaczął niewiaście zdejmować bieliznę. A pomiędzy jedną pozycją a drugą nie było żadnej światłej rozmowy o kondycji współczesnej literatury chorwackiej. Tak więc książka fabuły nie ma żadnej, a tam gdzie autorka chciała coś wpleść, zwykle dość idiotycznie się na tej fabule potykała, co jednak bardziej traktuję jako element humorystyczny. Jak włączam Warsaw Shore, to nie spodziewam się, że Trybson będzie recytował inwokację do „Pana Tadeusza”…

A może warto obejrzeć „50 twarzy Greya” w wersji filmowej?

Przechodząc jednak do filmu… Początkowo, kiedy usłyszałam o ekranizacji, prychnęłam pod nosem, że poleci chyba wyłącznie na redtube. Ale potem pomyślałam, że w sumie to nie jest głupi pomysł, bo książka jest bardzo popularna, a hollywoodzcy spece zrobią z tego po prostu romantyczną opowieść (z cyckami w tle, ale niezbyt widocznymi, żeby film mogła obejrzeć większa liczba widzów). Moja teoria się sprawdziła, co więcej film dostał ograniczenie od 16. a nie od 18. roku życia, można więc było być pewnym, że z bdsm, seksem i fruwającymi ubraniami nie ma zbyt wiele wspólnego.

Problem z filmem zaczął się na etapie wyboru obsady. Wbrew ogromnej popularności książki, mało kto chciał być kojarzony z czymś, co równie co znane, było też krytykowane. Wybrali Dakotę Johnson i Jamiego Dornana. Oczywiście w tym momencie zaczął się lament. Każda z Pań osadzających siebie w realiach 50 twarzy Greya mówiła, że Dakota jest nijaka. A Jamie – za mało przystojny. PR-owcy za to, zamiast zrobić otoczkę wokół kręconego materiału, która sugerowałaby, że aktorzy zapałali do siebie uczuciem i film będzie o ich wyjątkowej relacji, nie potrafili ugasić plotek wskazujących na sytuację dokładnie odwrotną. Pojawiło się mnóstwo newsów o tym, że główni aktorzy niezbyt się lubią, chemii pomiędzy nimi nie ma za grosz, a sceny seksu trzeba było powtarzać, bo miały tyle wspólnego z namiętnością co Anna Wintour z promiennym uśmiechem. I to czuć w każdej minucie filmu. Nawet jeśli nie było tak źle, to w każdej minucie wydaje nam się, że zaraz ktoś z obsady ziewnie albo postuka ze zniecierpliwieniem nogą, bo wcale nie chce mu się tam być.50 twarzy Greya

(ten kadr doskonale pokazuje, jak swobodnie wszyscy się czują)

Jamie Dornan od pierwszej minuty filmu ma taką świetną minę, która wyraża coś w stylu „Co ja najlepszego zrobiłem, że się tu znalazłem, czy mój agent nie mógł mnie z tego wyplątać” i występuje naprzemiennie z takim półuśmiechem „No dajcie spokój, ten dialog był wyjątkowo kretyński”. Poza tym Jamie nie ma brody, a bez brody ma -50 od urody.

jamie dornan 50 twarzy Greya

Ilość akcji w filmie i książce

Przez cały film nie dzieje się nic. W książce też nie działo się nic, więc nie jestem specjalnie zdziwiona. Naprawdę nie ma sensu rozwodzić się nad akcją, bo ta nie istnieje.

Tak wyglądałam przez cały seans (domowy).

himym barney gif

iron man bored

Są jednak dwie rzeczy, które można pochwalić (ha! nie będę wyłącznie prześmiewczą marudą). Bardzo podoba mi się muzyka z filmu, zarówno nowa aranżacja Crazy in love Beyonce, ale też I put a spell on you Annie Lennox i Earned it The Weknd. A druga rzecz to dialogi – nie dlatego, że są świetne, ale dlatego, że są o niebo lepsze niż w książce.

Podsumowując, zamiast książki warto wybrać coś o podobnej tematyce, ale innego autora. A w tle posłuchać ścieżki z filmu, bo samego filmu NAPRAWDĘ NIE WARTO OGLĄDAĆ.

A jakie są Wasze opinie – o książce i o filmie?

4 uwagi do wpisu “50 twarzy Greya, hydraulicy, Warsaw Shore i Pan Tadeusz

Skomentuj!

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s