Tabbouleh*

Znienacka napadło nas „dorosłe życie”. A przynajmniej konieczność wzięcia spraw we własne ręce. Niektórzy muszą wstawać rannym świtem, z niechęcią nastawiając codziennie wieczorem budzik, żeby z niemiłosierną precyzją rozdzwonił się o 6.40. Inni nie muszą wstawać o tej porze. Ale spać też już nie mogą, więc siłą rzeczy opuszczają jedną nogę z łóżka (byle nie lewą!), potem drugą i idą do kuchni. Przy natłoku obowiązków, które później domagają się uwagi (najlepiej stuprocentowej i niepodzielnej, bo przecież każdy z nich jest tym najważniejszym), jedzenie musi być zaplanowane. Zwłaszcza, że ma sprawić, że dwie, wiecznie głodne osoby, nie umrą z głodu w codziennym biegu. Śniadanie, drugie śniadanie, trzecie śnia…jakaś przekąska, bo już nie wypada jeść kolejnego śniadania. Logistyka jedzeniowa wymaga trzech fakultetów, kilku lat doświadczenia w branży, a potem i tak błogosławię istniejący system pojemników próżniowych, bo można na później, na zapas. W pojemnikach mieści się każda zachcianka – a dziś – zmieściła się sałatka. Może niewiele mająca wspólnego ze zwykle spotykanymi sałatkami. Inspirowana tabbouleh (o którym na końcu). Sałatka sycąca, pyszna, do zjedzenia na zimno albo na ciepło (nigdy nie dotrwałam do momentu „na ciepło”, zanim pomyślę o podgrzaniu, w pojemniku zostają trzy ostatnie ziarenka i samotna oliwka). Najlepsza, kiedy składniki wymiesza się wieczorem i potrzyma przez noc w lodówce.

Dwa woreczki pęczaku jęczmiennego trzeba ugotować i odcedzić. Wsypać do pojemnika i dać im wystygnąć. Kurczaka  (u mnie jedna podwójna pierś) pokroić w bardzo drobne kawałki i podsmażyć (wcześniej tarzając go w przyprawach). Przesypać do osobnej miski i też dać mu ostygnąć. W tym czasie pokroić 15-20 zielonych oliwek. Wszystkie składniki (całe 3!) wymieszać. I został jeszcze sos. U mnie zwykle jest to oliwa z oliwek, sok z cytryny i sól. Jeśli kombinuję z innymi składnikami, do sosu zdarza mi się dodać chili, tabasco, sos sojowy, ocet winny, miętę. Polewamy sałatkę sosem, mieszamy, koniec. Już. Powstrzymujemy się przed zjedzeniem od razu, układamy w pudełku próżniowym, zamykamy i do lodówki. A rano dzielimy na dwie porcje i najadamy się po koniuszki uszu w okolicach południa!

* tabbouleh – moja inspiracja do eksperymentowania z tworami tego typu. O samym daniu dowiedziałam się na blogu nakruchymspodzie. Potrawa oryginalnie pochodzi z Libanu, jej podstawą są kasze różnego rodzaju. Mojej propozycji do tabbouleh daleko, ale to tylko inspiracja. Fantastyczne w tabbouleh jest to, że istnieje nieskończona liczba propozycji, co do niego wrzucić. Może być indyk zamiast kurczaka albo boczek. Kasza kuskus, jęczmienna, pęczak, gryczana. Wszystkie możliwe warzywa, owoce, np. winogrona, cytrusy. Oliwki, suszone pomidory. Wszystko, co wpadnie do głowy (albo wypadnie z lodówki) w trakcie szykowania.